PROZA2019-09-10T18:53:31+02:00

Wieczór trzech facetów

Powoli, bardzo powoli zbliżała się godzina 21.30. W małym pokoiku, a właściwie celce klasztornej jezuickiego klasztoru, mieszkało sobie trzech facetów. Jeden z nich, siedząc w kalesonach na krawędzi łóżka, tonem najgłębszej melancholii zastanawiał się nad sensem życia. Po jakimś czasie drugi z facetów, człowiek dosyć niski wzrostem, o czerwonej twarzy i pięknie ułożonych włosach, tonem o najbardziej optymistycznym poglądzie na zbliżającą się chwilę snu, powiedział: wiesz, ty w tej pozycji wspaniale wyglądasz…- Tu urwał, jakby powiedział coś wielce niegodziwego. Na te słowa trzeci, bardzo melancholijny facet, i pewnie  z tej właśnie melancholii przejawiający zdolności poetyckie- poeci zazwyczaj są melancholikami, podniósł głowę, pełna zapewne metafor poetyckich, znad książki, leżąc w łóżku czekał zapewne na kopnięcie muzy poetyckiej. Siedzący, na krawędzi łóżka, nic nie powiedział, kiwnął jedynie głową i zabrał się do kontemplacji spoconych i dziurawych skarpetek. – Hmm, hmm – zamruczał i ruchem starego człowieka podniósł się z łóżka i krokiem powolnym acz majestatycznym zbliżył się do pieca, jakże w ten wieczór, wyjątkowo gorącego. Wzrok jego zaczął pilnie wypatrywać gwoździ i papiaków, niegdyś, w jakimś celu, wbitych. Twarz jego rozjaśniła się niczym niebo po burzy, gdy ujrzał, ledwo widoczną, główkę  gwoździa. Już zabrał się do wyciągania go, gdy facet o czerwonej twarz i zawadiackim uśmiechu ,raczył zwrócić uwagę, która była, akurat w tym przypadku, bardzo praktyczna. – Powieś skarpetki na grzymsie pieca, bo jak wyciągniesz tego gwoździa, to piec się rozleci. – Słusznie, bardzo słusznie, zupełnie słusznie- rzekł pierwszy facet i zabrał się do tej czynności, jakby do zrobienia dekoracji akademijnej. – Cha, cha, cha…jak pięknie wygląda- wyjąkał, krztusząc się śmiechem poeta – Szkoda, że reporterzy Nowin Rzeszowskich tego nie widzą, bo by ten wyczyn zamieścili w dziale ciekawostek. Po wykrzyknięciu tych historycznych słów, wybuchnął nie przerywanym śmiechem. Po czym jego twarz stała się siną od tegoż właśnie śmiechu a jego ciałem wstrząsały drgawki śmiechowe. Trzeci facet spojrzał na śmiejącego się, wzrokiem proszącym o litość i ponownie zagłębił się w arcyciekawą literaturę poetycką, rozważając przy tym nad palcem kąpiącego się. Stary, o zmęczonej twarzy facet,  stał na środku, dumając nad słowami drugiego faceta, który w tej właśnie chwili tarzał się na łóżku w atakach śmiechu. Po pewnym czasie, z jego ust spłynęłą cała kaskada  czkawki. Tylko poeta głębiej zanurzył się w upajającej i unoszącej go na wyżyny pozaziemskie medytacji strofy pieśni nabożnej. Po jakimś czasie facet o czerwonej twarzy i potem pod nosem, czkawka najwyraźniej ustąpiła, przestał śmiać się, ale to nie znaczyło, żeby całkowicie……….nie wybuch…..

 

Tu urywa się strona maszynopisu, tak jak  jego postrzępiona dolna  część. Przypadkiem,

a takowe zdarzają się, podczas sprzątania strychu, w  starym, bardzo starym kufrze, odnalazłem jeszcze jedną kartę maszynopisu, zapewne dalszą. Była już mocno pożółkła ale druk a raczej przebitka z kalki, jakże wyraźna – dawniej to bywały kalki! I cóż wyczytałem?

… Och, co za rozkosz! – Wykrzyknął drugi facet i pełną piersią zaczerpnął haust świeżego powietrza. – E! Nabawisz się kataru, który, jak wiesz, będzie się ciebie trzymał, zresztą i innych też, dwa tygodnie. Niestety, współczesna medycyna jest bezradna, jeśli chodzi o katar – powiedział tonem macierzyńskiej troski, po czym przybrał pozycję poety, który,  z pewnością, był już w ósmym niebie snu.

Po niedługim czasie Morfeusz wziął wszystkich, na dobre, w swoje objęcia. Swego pupilka – poetę pochwycił szybciej, o czym świadczyło donośne pochrapywanie i gwizd wypuszczanego powietrza. Natomiast facet o czerwonej twarzy i pocącym się nosie, długo ugniatał boki nim raczył zasnąć. Trzeci facet był wypadkową tych dwóch. Co dalej działo się? Ano, nic się nie działo. Spali sobie poczciwcy snem sprawiedliwych. Wskazówki zegara miarowo okrążały tarczę zegara na kościelnej wieży a dźwięk dzwonu świadczył o szybkim mijaniu godzin a tym samym, czasu smacznego snu. Faceci błąkali się gdzieś daleko. Jeden chodził po lasach, drugi wiódł polemiki z żabami, trzeci ostro dyskutował na temat zepsucia współczesnej młodzieży, o skuteczności punktów i możliwościach poprawy. Czasem, w wielkim zapale, raczył przemówić przez sen. Poeta bąkał liryczne wersy opiewające wyschnięte drzewa, zwiędłe kwiaty, zgniłe owoce etc… Słońce już wychyliło za wzgórz, zwanych wzniośle Parnasem, swą roześmianą twarz, a oni spali sobie niczym członkowie klubu sztywnych. Nie jest wiadomym, jak długo spaliby. Może dopiero obudziliby się na głos trąb anielskich zwołujący na sąd ostateczny, gdy terkotliwy głos, ale nie głos owych trąb, lecz dzwonka, raczył dać znać o sobie. Poeta otworzył oko, jedno oko dla rozeznania sytuacji, potem drugie, rozejrzał się, po czym nagle dał nura w miejsce rozkoszy i wszelkiej słodyczy jak i przyjemności, tak brutalnie przerwanej dzwonkiem. Widać jednakowoż, że ruszyło go sumienie, gdyż po krótkiej chwili, tych porannych przyjemności – ach, nie można wstawania zwać przyjemnością, wygramolił się z łóżka. Drugi facet, zapewne zawarł ugodę z dzwonkiem, gdyż w ogóle nie reagował na jego terkotliwy głos, a wręcz… i tu kończy się znaleziona w kufrze kartka. A szkoda, bo nic nie wiemy o  trzecim facecie.                                                                                       A co z facetami? Minęły lata. Porzucili życie zakonne u o.o.Jezuitów. Jeden z nich , jak wieść niesie, stał się uznanym poetą, ten o czerwonej twarzy i wiecznych kroplach potu pod nosem wszedł ponoć w związki małżeńskie, a trzeci siedzi i pisze ot właśnie te słowa.

 

By |Wrzesień 12th, 2019|Categories: PROZA|0 Comments

Noworudzkie dzwony

Zbudziły go dzwony noworudzkiego kościoła, położonego gdzieś w dole. Przez chwilę nasłuchiwał. Gdzieś dalej, z prawej strony,  wtórował drugi. Przez chwilę zdawało mu się, że to echo pierwszego. Wsłuchał się. Dzwony prowadziły rozmowę. Ten pierwszy był zapewne starszy. Basował,   gdzieś dalej położony, wtórował wyższymi tonami. Nie wiedzieć czemu, im bardziej słuchał, tym większe odnosił wrażenie, że prowadzą  poranną rozmowę, nie, raczej sprzeczkę, sprzeczkę małżeńską. Próbował nawet wyłowić z dźwięku-słów  o co im chodzi. Dał po jakimś czasie spokój. Poranna mgła na tyle skutecznie pochłaniała je, by mógł rozróżnić i zrozumieć o co  idzie. Słuchał. Dominował ten starszy. Pewnie racja była po jego stronie. Im dłużej słuchał, tym bardziej czuł, że przyjemnie łaskoczą jego słuch. Po jakiejś chwili zauważył, że do rozmowy dzwonów włączył się chór porannego ptactwa. Nie, to nie sprzeczka poranna małżonków. To bas i sopran  i chór. Słuchał opery miasta, położonego gdzieś w dole i lasu otaczającego schronisko na Górze  Świętej Anny. Słuchał. Nie czuł nawet porannego chłodu i chrapania jednego z pięciu śpiących z nim w ciasnym pokoju. W  sztuce istotne jest natchnienie, inspiracja. A tą, do powstania nowego dzieła, może być zachwyt pięknem. Złapał się, ze zaczyna myśleć jakoś tak górnolotnie. A przecież zbudził się taki wściekły. W nocy musiał kilka razy biegać z ” paliwkiem” a i tak nie spał prawie całą noc. Tak jest zawsze na nowym miejscu, na każdym plenerze. W Nowym Siodle na przykład, mógłby na palcach jednej ręki policzyć przespane, dobrze przespane noce. wiercił się, wrzecionował, przewracał z boku na bok i na nic. Sen jak nie przychodził tak nie przychodził. I tak co plener. Dopiero gdzieś nad ranem przysypiał. A dzisiaj jeszcze to chrapanie. W Nowym Siodle to komfort. Mieszkał sam w pokoju ale nie było śpiewu dzwonów, świergolenia ptactwa. Dopiero teraz zauważył, ze dzwony już dawno skończyły swoje arie.

W małym pokoiku było gęsto od oddechów. Edek Kostka i Władek Kmiecik, w resztkach snu, zapewne , ostatnimi pociągnięciami pędzli kończyli  swoje pejzaże. Kiryluk , urywanymi zdaniami, wiódł zapewne spór  z Krzyśkiem ,dowodząc swoich racji . Siadł i przez chwilę zastanawiał się, czy opuścić to wygodne łóżko. Poczuł potrzebę zapalenia. Wyszedł na drewniany taras. Zapach porannego lasu, nieustający śpiew ptactwa odwiodły od sięgnięcia do paczki. Stał i wdychał oddech sosen i niebosiężnych świerków.

Zszedł powoli po wąskich schodach. Wyszedł przed schronisko. Gdzieś w pobliżu, dzięcioł pracowicie kuł. Przez chwilę wsłuchiwał w się, usiłując go wypatrzeć. Wzrokiem omiótł pobliskie pnie sosen i świerków. Nic. Przystanął przed kaplicą św. Anny. Pustelnika jeszcze nie było. Trochę zaniepokoił się. – Powinien być – powiedział do siebie – może co mu się stało- pomyślał. – Pewnie jeszcze śpi, a jest dopiero po szóstej, tylko ja jakoś nie mogę dospać- pomyślał. -Pogoda piękna, słońce i cóż więcej chcieć, tylko malować- znowu zagadał do siebie. –Niedobrze, skoro sam do siebie mówię, choć nic to, czasem też ze sobą trza pogadać – uspokoił sam siebie. Stał i patrzył w przymglone poranną mgłą oddalone góry. – Te najdalsze to chyba już w Czechach- pomyślał. Oparł się o dostojną lipę. Przez chwilę naszła go chętka zapalenia sobie. Sięgnął do kieszeni. Do jednej do drugiej. – Cholera- zaklnął pod nosem – znowu zostawiłem- pomyślał. – No i dobrze! Zaplanował sobie trochę poszkicować i pomalować, po to przecież tu przyjechał.

Wrócił. – pustelnika ani widu- pomyślał –chyba coś nie tak- zaniepokoił się na dobre. Po wilgotnej, poranna rosą, trawie, zbliżył się do przybudówki, zajrzał przez malutkie okienko, mocno zakurzone. Nic nie dojrzał. Jedynie półmrok wnętrza, zarys jakiegoś mebla. Postanowił wrócić do schroniska. W pomieszczeniach na piętrze panował już ruch. Minął kogoś, nawet nie zwrócił uwagi kogo. Wszedł do pokoiku, wziął szkicownik. – Idziesz malować ? zapytał Władek. Edka już nie było. Poszedł robić swoje akwarele. Zawsze wychodził wcześnie i do śniadania miał zrobionych kilka szkiców. Z tarasu dojrzał Alicję i Krzyśka. Pod pachami taszczyli olbrzymie teczki kartonowe. Kirykuk już rozkładał się się na tarasie. -Jeszcze godzina do śniadania, to jeszcze trochę poszkicuję- pomyślał. Lecz myśl o pustelniku nie dawała mu spokoju. Zamierzał przecież go naszkicować i zrobić mu kilka zdjęć. Zamienił parę zdań z Kirylukiem. Oparł się o barierkę tarasu. Zapalił. Znowu, gdzieś w oddali kuł dzięcioł. Nie wiadomo skąd przyszło właśnie to. Poczuł, że musi coś napisać. Ten zapach drzew, te świergolenia ptactwa i jeszcze ten dźwięk dzwonów, choć już dawno przebrzmiałych. Otworzył szkicownik. Zaczął pisać. O dzwonach, o drzewach, o śpiewie ptaków, o pustelniku spod kapliczki św. Anny

By |Wrzesień 3rd, 2019|Categories: PROZA|0 Comments